Лют 122013
 
Jak technologią i blogami Marko Rakar z korupcją oraz przekrętami wojował
Gdy siadam obok Rakara, trudno mi uwierzyć, że ten człowiek o twarzy dobrotliwego wujaszka naświetlił:- oszustwa wyborcze w Chorwacji (głosów było więcej niż obywateli!);
– zaskakujący wzrost liczby weteranów wojennych (na świadczenia dla nich rząd Chorwacji wydaje co roku miliard euro);

– przekręty w zleceniach instytucji publicznych (stadnina koni wygrywa przetarg na położenie kabli energetycznych?).

A wszystko mogło potoczyć się inaczej… Gdyby dziesięć lat temu przedsiębiorca ze Splitu Marko Rakar nie wyrzucił za drzwi inspektora skarbowego i gdyby wcześniej zapłacił mu 7 tys. euro łapówki.

Nie zapłacił. – Siedzieli u mnie przez trzy miesiące, robili audyt. I wtedy zażądali łapówki. “Zapłacisz, to sobie pójdziemy”. Nie zgodziłem się, wziąłem za kołnierz i wyprowadziłem na ulicę. W rezultacie… – Rakar robi pauzę. – W rezultacie zamrozili mi konta, zniszczyli firmę drukarską, 55 osób straciło pracę, a ja swój kapitał – 41-letni Chorwat opowiada o tym chłodno. Odwołania nic nie pomogły, urzędnicy szli w zaparte, ich zwierzchnicy również.

Gdy zobaczył, że nic nie wskóra, postanowił, że inaczej rozliczy się z korupcją.

Został doradcą politycznym, w kampaniach pomagał politykom w wyborach każdego szczebla: od lokalnych, przez parlamentarne, po prezydenckie. Nie tylko w Chorwacji. W 2006 r. założył serwis Pollitika.com, zapraszał chętnych z każdej opcji politycznej, by pisali w nim blogi. Politycy zaczęli się z nim liczyć. A wszystko nabrało tempa w kwietniu 2009 r.

Dusina 0 i inflacja weteranów

Właśnie wtedy, dwa miesiące przed lokalnymi wyborami, zdetonował bombę: opublikował w sieci bazę zarejestrowanych chorwackich wyborców. – O problemie wiedziano od dawna, ale ówczesnym władzom było to na rękę. A my byliśmy jedynym krajem na świecie, w którym więcej osób głosuje, niż mieszka – opowiada “Gazecie”.

Rakar pokazuje mi liczby. Głosujących? 4 mln 478 tys. i jeszcze 580 osób. Obywateli? 4 mln 435 tys. A to i tak bez odejmowania tych, którzy nie mają prawa wyborczego.

Za chwilę oglądamy zdjęcia satelitarne Chorwacji. – O, tu w lesie jest niewielka wioska Dusina. Klasyczny przykład – zaciera ręce Rakar. W wiosce wyborcy byli zarejestrowani pod niecodziennym adresem… Dusina 0. W dodatku według list wyborczych pod tym adresem mieszkały 404 osoby. – A nie widać tu wieżowców, prawda? – zwraca mi uwagę Chorwat.

Słyszę, że te anomalie na listach to efekt polityki lokalnych władz, które pozwalały Serbom czy Bośniakom na uzyskanie statusu rezydenta w Chorwacji, a w rezultacie dostęp do lepszej opieki socjalnej. Układ był prosty: dostawali legalne dowody z fałszywymi adresami, w zamian mieli się stawiać na wyborach.

Po ujawnieniu tych praktyk i zmianie władzy z list usunięto już ok. 350 tys. wyborców.

Rok później Rakar znów był w centrum uwagi – tym razem policja zatrzymała go na dziesięć dni i przesłuchiwała w sprawie listy weteranów. Rok po zakończeniu wojny na Bałkanach na liście było ok. 350 tys. weteranów wojennych. A potem zrobiło się ich pół miliona. Ktoś te dane upublicznił, Rakar znów zrobił łatwą do przeszukiwania bazę.

– Wyszły ciekawe rzeczy – np. kilkadziesiąt tysięcy osób znalazło się na tej liście, a służyło w armii krócej niż dwa tygodnie. Były też osoby, które formalnie służyły w jakiejś brygadzie od stycznia, a ze źródeł historycznych wiedzieliśmy, że brygada powstała we wrześniu – opowiada Chorwat. Afera wybuchła nieziemska, bo weterani mieli dostęp do różnych przywilejów – poza lepszą opieką zdrowotną mogli też sprowadzić sobie auta z zagranicy bez cła. Rakar dostał nawet policyjną ochronę na kilka dni.

Jego “wyszukiwarka weteranów” ustanowiła absolutny rekord w chorwackim internecie. W ciągu dziesięciu dni zanotowała ok. 14 mln wizyt (przypomnijmy, wszystkich obywateli jest ok. 4,5 mln, internautów szacuje się na nieco ponad 2 mln).

Co koń wie o zasilaniu

Po liście weteranów Rakar założył fundację pozarządową Vjetrenjaca (czyli wiatrak, nawiązanie do beznadziejnej walki błędnego rycerza Don Kichota). Rakar nie przypomina jednak błędnego rycerza. Pod koniec 2011 r. znów trafił na pierwsze strony gazet, gdy Vjetrenjaca opublikowała listę kilkudziesięciu tysięcy kontraktów o łącznej wartości ok. 12 mld euro. Listę można przeszukiwać: sprawdzić, na co poszczególne ministerstwa i instytucje publiczne wydają pieniądze, ale też jakie firmy i w jakim resorcie najwięcej zarabiają. – Te dane teoretycznie były dostępne na rządowych stronach. Ale pokazywały zamówienia tylko z ostatnich dwóch miesięcy i nie dało się tego sensownie przeszukiwać – mówi Rakar.

Aby było ciekawiej, dodał też dane finansowe firm, żeby było widać, jak istotne dla ich istnienia są zamówienia publiczne. I powiązał dane zwycięzców przetargów z tym, kogo wspierali finansowo w kampaniach wyborczych.

Znaleziono:

– spółki, które zostały założone tylko pod kątem jednego kontraktu;>br>- spółki, które wygrywały milionowe kontrakty, a zatrudniały jedną osobę;
– spółki z rodzinnymi powiązaniami z ministrami i dyrektorami instytucji publicznych (jak szkoły czy szpitale);
– oraz stadninę koni, która wygrała kontrakt na… położenie linii energetycznych;

– Gdy udostępniliśmy tę bazę, gazety przez cały tydzień pisały o tym, co znaleźli dziennikarze, ale też obywatele w swoich regionach – opowiada Rakar. – I właśnie tak technologia może służyć demokracji. Bez uporządkowania tych danych i stworzenia łatwej do przeszukiwania bazy możemy wychwycić tylko pojedyncze przypadki naruszeń, nie mamy zaś pojęcia o skali – dodaje. Podobnie było z listą wyborczą. – Gdy ludzie zobaczyli przykład Dusiny, było jasne, że nie ma już o czym dyskutować. Można było temat zamknąć i iść do przodu – mówi.

Kilka tygodni temu mógł odhaczyć w notesie kolejne zwycięstwo – urzędy zaczęły udostępniać dane o przetargach w taki sposób, jaki narzuciła Vjetrenjaca.

Gdy pytam, jak zdobywa informacje, odpowiedzi ma kilka. – To jak magia. Ot, wypowiadam życzenie i się spełnia – mówi i puszcza do mnie oko. Tak brzmi oficjalna (być może prawdziwa) wersja historii z przekrętami w wyborach. Rakar napisał na blogu, że gdyby miał bazę danych np. z adresami zarejestrowanych wyborców, spróbowałby pokazać, w czym problem. I ktoś mu te dane podesłał na płycie CD. Lista weteranów? – Nigdy nie powiedziałem, że to ja. Policja mnie zatrzymała, bo jeśli coś ma związek z polityką i internetem, to przyjmują, że na 95 proc. jestem w to zamieszany. Jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej wiem kto – mówi mi szef Vjetrenjacy.

Później się dowiem, że gdy policja przesłuchiwała go przez dziesięć dni, nietypowo zareagowali dziennikarze. – Przed komendą stawiło się ich chyba z dwustu. Każdy twierdził, że to on wykradł i opublikował dane – opowiada Andrew Rasiej, który z ideą Personal Democracy Forum jeździ po świecie (to on zaprosił m.in. Rakara i innych “hakerów demokracji” na konferencję do Warszawy). Policja się poddała, nie miała jak spisać tych wszystkich zeznań i ich zweryfikować. Ostatecznie puściła Chorwata wolno.

A dane o rządowych kontraktach? – Znaleźliśmy słabo chroniony serwer – śmieje się Rakar.

Wprost za to przyznaje, że raz przekupił pracownika ministerstwa finansów. – To była prosta sprawa: wysłałem prośbę do ministerstwa o udostępnienie danych budżetowych w postaci cyfrowej – mówi. Okazało się, że on i ministerstwo mają różne definicje tej “cyfrowości”. Rakar dostał płytę CD, a na niej zdjęcia zeskanowanych papierowych dokumentów.

– Nie miałem wyjścia, zapłaciłem, by te dane dostać w pliku Excel – mówi. I za chwilę wygłasza coś, co można uznać za jego credo: – Szanuję wszystkich tych ludzi, którzy mają cierpliwość, by uzgadniać z politykami ustawę, dzięki której jakieś dane staną się publiczne. Spotykają się tak przez dwa, trzy lata po kilka tygodni, często bez większych efektów. To nie mój styl, ja nie mam tyle czasu.

Zegarki premiera

Działania Rakara w Chorwacji trafiły na podatny grunt, bo w ostatnich latach władze postanowiły ostro rozprawić się z korupcją. Niektórzy twierdzą, że impulsem były negocjacje przystąpienia kraju do Unii Europejskiej (Chorwacja wejdzie do niej w lipcu tego roku). Przed sądem stanął nawet były premier Ivo Sanader – w listopadzie 2012 r. sąd skazał go na dziesięć lat więzienia. Chorwacki polityk w 2008 r. miał dostać 5 mln euro od węgierskiej grupy energetycznej MOL (w zamian za przejęcie kontroli nad chorwackim koncernem paliwowym INA). A gdy w latach 90. był wiceministrem spraw zagranicznych, miał się skusić na pieniądze od austriackiego banku Hypo Alpe Adria.

I Sanader, i wymienione spółki zaprzeczają zarzutom. A Rakar… się uśmiecha.

Za chwilę dowiaduję się, że premierowi też dał się we znaki. – Zauważyłem kiedyś, że często zmienia zegarki, wszystkie to luksusowe marki – opowiada Chorwat. – Dałem cynk dziennikarzom, ci przez pewien czas robili zdjęcia tak, by wyłapać markę i model. Jak to w końcu podliczyliśmy, wyszło, że nasz premier ma kolekcję zegarków wartą 300 tys. euro – mówi.

Sanader kierował rządem w latach 2004-09 r., kiedy nagle – i bez wyjaśnień – złożył dymisję.

– To i tak tylko część tego, o co go podejrzewają – mówi Rakar. – Chorwacja ma jeszcze wiele takich niewyjaśnionych i niezakończonych spraw – dodaje.

Vjetrenjaca ma kolejną misję. Teraz chce pokazać, że pieniądze wpłacane do prywatnych funduszy emerytalnych posłużyły do wykupienia tzw. złych długów z banków.

– Dziwnym trafem w Chorwacji więcej można było zarobić, inwestując w obligacje państwowe niż w fundusze emerytalne. My wiemy, że one w ramach grup kapitałowych wytransferowały te pieniądze. Trzeba to tylko udowodnić.

Marko Rakar był gościem dwudniowej konferencji Personal Democracy Forum Poland, pokazującej wpływ technologii na przejrzystość działań rządu, polityków i społeczeństwo. Współorganizatorem konferencji była fundacja ePaństwo, twórca m.in. serwisu Sejmometr.pl

http://wyborcza.biz/biznes/1,101716,13342472,Marko_Rakar__internetowy_Don_Kichot_z_Chorwacji.html#ixzz2KgM6R6xE

 



Print Friendly, PDF & Email